O Xangô de Baker Street.

Bons filmes brasileiros que nós do Fórum PelaPaz.com indicamos.
Responder
Mochileiro
Mensagens: 607
Registrado em: 27 Mai 2012, 23:40

O Xangô de Baker Street.

Mensagem por Mochileiro »

[align=justify]Filme baseado no livro de Jô Soares, que inclusive atua rapidamente como “chefe de polícia”. Uma comédia (2001) leve, descontraída, que não inspira gargalhadas. O público geral o avalia como ruim.

O som é muito ruim. A história inicial não é bem compreensível. A utilização das línguas Inglês, Francês e Português requer boas legendas, o que não há em todas as versões...

O filme tem um quê de suspense e de ação. Faz críticas leves e divertidas aos acontecimentos sociais do fim do século XIX. E também ao próprio talento do Sherlock Holmes. Quem gosta do programa do Jô provavelmente vai achar válido assistir. Eu acredito que a obra mereça ser avaliada com a nota 7, o mínimo pra ser indicada.[/align]
James227
Mensagens: 0
Registrado em: 01 Dez 2025, 15:48

Re: O Xangô de Baker Street.

Mensagem por James227 »

Mam czterdzieści cztery lata i od dziesięciu lat prowadzę własną kwiaciarnię na osiedlu. Kiedyś, gdy branża kwiatowa kwitła, a ludzie kupowali bukiety na każdą okazję, interes szedł świetnie. Dziś, w dobie internetowych zamówień i supermarketów, gdzie można kupić kwiaty przy okazji zakupów spożywczych, jest coraz ciężej. Siedzę w tym swoim małym lokalu od rana do wieczora, układam kompozycje, zamawiam towar, a na koniec miesiąca i tak ledwo wiążę koniec z końcem. Tamtego dnia było wyjątkowo ciężko, bo akurat wypadła rocznica ślubu moich rodziców, a ja nie miałem pieniędzy, żeby kupić im porządny prezent. Siedziałem w kwiaciarni, patrząc przez okno na przechodniów, i myślałem o tym, jak bardzo życie potrafi być niesprawiedliwe.

Po zamknięciu lokalu wróciłem do domu przybity, bez słowa, rzuciłem się na kanapę i patrzyłem w sufit. Żona, widząc mój stan, nie pytała o nic, tylko zrobiła herbatę i postawiła na stoliku. Siedziałem tak w ciszy, pogrążony w czarnych myślach, gdy nagle zadzwonił telefon. To był mój kumpel, Tomek, z którym kiedyś chodziliśmy do jednej klasy. Nie widzieliśmy się z rok, a tu nagle dzwoni. Okazało się, że dostał mój numer od wspólnego znajomego i postanowił się odezwać. Rozmawialiśmy chwilę o starych czasach, o tym, co u nas słychać, a on, słysząc w moim głosie ten smutek, zaproponował spotkanie. Umówiliśmy się na następny dzień w knajpie.

Poszedłem na to spotkanie bez większych nadziei, ale Tomek okazał się zupełnie innym człowiekiem niż w szkole. Kiedyś wiecznie spłukany, dziś przyjechał nowym samochodem, ubrany elegancko, z zegarkiem za kilka tysięcy. Spytałem, jak mu się udało, a on uśmiechnął się tajemniczo i powiedział, że to zasługa internetu. Myślałem, że chodzi o jakieś inwestycje, kryptowaluty, coś w tym stylu, a on wyciągnął telefon i pokazał mi stronę. Powiedział, że od roku gra w kasynie online, że wygrał już tyle, że mógłby spokojnie przejść na emeryturę, i że wszystko zaczęło się od przypadkowego odkrycia strony, na której znalazł vavada kod promocyjny free spin. Opowiadał o tym z takim przekonaniem, z takim błyskiem w oku, że postanowiłem dać mu szansę. Pomyślałem – skoro jemu się udało, może i mnie się uda?

Wróciłem do domu, usiadłem przed komputerem i wszedłem na stronę, o której mówił. Wyglądała całkiem profesjonalnie, bez tych tandetnych obrazków, które zwykle odstraszają. Zarejestrowałem się, wpisałem ten kod promocyjny, który podał mi Tomek, i ku mojemu zdziwieniu na koncie pojawiły się darmowe spiny, które mogłem wykorzystać na gry. Zero wpłaty, zero ryzyka, tylko czysta, darmowa rozrywka, która mogła mnie na chwilę oderwać od tych wszystkich problemów. Na początku czułem się zagubiony, tyle tych gier, automatów, kolorów, że nie wiedziałem, w co najpierw kliknąć. Wybrałem jakiś prosty automat z owocami, taki w starym stylu, bo pomyślałem, że na nim najłatwiej będzie mi zrozumieć, jak to działa. Zacząłem kręcić tymi darmowymi spinami powoli, bez żadnych oczekiwań, po prostu patrząc na wirujące bębny i pozwalając, by ten monotonny obraz ukołysał moje roztrzęsione nerwy.

I wiecie co? To działało. Przez te kilkadziesiąt minut, gdy grałem, zapomniałem o kwiaciarni, o długach, o prezencie dla rodziców, o wszystkich tych sprawach, które ciążyły mi na duszy. Byłem tylko ja i ten ekran, i ta odrobina niepewności, co pokaże następne okrążenie. Grałem tak przez kilka wieczorów, zawsze po powrocie z kwiaciarni, zawsze w tym samym fotelu, z herbatą w dłoni. To stało się moim małym rytuałem, moim sposobem na ucieczkę od rzeczywistości, która gdzieś tam za oknem istniała, ale ja nie chciałem w niej uczestniczyć. Nie grałem dużo, nie ryzykowałem wiele, po prostu cieszyłem się tym stanem zawieszenia, tym oderwaniem od myśli, które nie dawały mi spokoju. Aż przyszedł ten czwartek, kiedy wszystko się zmieniło.

Pamiętam, że akurat byłem sam w domu, żona poszła do pracy na drugą zmianę, a ja po całym dniu w kwiaciarni, gdzie wreszcie udało się sprzedać kilka większych bukietów, wróciłem w lepszym humorze niż zwykle. Usiadłem w fotelu, otworzyłem laptopa, wszedłem na stronę, wybrałem automat, który szczególnie polubiłem, taki z motywem dalekich podróży, z walizkami i samolotami, i zacząłem grać. Nagle, po jednym z obrotów, ekran eksplodował feerią barw, pojawiły się dodatkowe symbole, a muzyka zmieniła się na bardziej uroczystą. Myślałem, że to jakaś standardowa animacja, że może trafiłem na małą wygraną i system chce mi to uświetnić. Ale to było coś więcej.

To była runda bonusowa, która kręciła się sama, bez mojego udziału, a ja tylko patrzyłem jak kwota w rogu ekranu rośnie, najpierw powoli, potem coraz szybciej, aż w końcu przekroczyła wszystko, co mogłem sobie wyobrazić. Siedziałem tak z otwartymi ustami, z sercem waliącym jak młotem, i gapiłem się na cyfry, które ustawiły się na kwocie, za którą mógłbym spokojnie spłacić wszystkie długi, kupić rodzicom porządny prezent, a nawet zrobić remont w kwiaciarni, o którym marzyłem od lat. To było nierealne, abstrakcyjne, jakby ktoś nagle przeniósł mnie do innego wymiaru. I wtedy przypomniałem sobie o tym kodzie, który wpisałem na początku, o tym vavada kod promocyjny free spin, który podał mi Tomek. Gdyby nie on, może w ogóle bym nie spróbował, może bym uznał, że to ściema, że nie warto. A tak, dostałem szansę, którą wykorzystałem, może nie umiejętnościami, bo to przecież czysty przypadek, ale samą decyzją, żeby dać sobie szansę.

Nie wiedziałem, co robić. Pierwsza myśl – zadzwonić do Tomka, opowiedzieć mu o tym, podziękować, że mnie namówił. Spojrzałem na zegarek, była pierwsza w nocy, ale wiedziałem, że on często siedzi do późna. Zadzwoniłem, a on, wysłuchawszy mojej historii, tylko się roześmiał i powiedział: „A nie mówiłem? Trzeba było tylko dać szansę”. Siedziałem tak jeszcze długo, patrząc na ten ekran, myśląc o tym, jak bardzo nasze życie zależy od przypadku, od drobnych decyzji, które podejmujemy w ułamku sekundy. Gdybym tamtego wieczoru nie poszedł na spotkanie z Tomkiem, gdybym nie dał mu szansy, gdybym nie wpisał tego kodu – dziś nie miałbym tej historii do opowiedzenia. A teraz, nagle, dostałem od losu prezent, który pozwalał mi na oddech, na spokojne myślenie o przyszłości.

Wypłaciłem pieniądze jeszcze tej samej nocy, nie chcąc ryzykować, że stracę wszystko przez własną głupotę. A potem, gdy potwierdzenie przelewu przyszło na maila, a ja zobaczyłem środki na swoim koncie bankowym, po prostu opadłem na fotel i wybuchnąłem śmiechem. Takim głupim, nerwowym śmiechem, który graniczył z płaczem. Bo to wszystko było takie absurdalne – że po tylu latach harówki w kwiaciarni, po tylu stresach i problemach, los postanowił zrobić mi taki prezent. I że to wszystko zaczęło się od zwykłego spotkania ze starym kumplem i od tego vavada kod promocyjny free spin.

Rano zadzwoniłem do rodziców i powiedziałem, że wpadnę do nich z prezentem. Kupiłem im nowy telewizor, bo ich stary ledwo zipał, a oni nie mogli uwierzyć, skąd nagle mam takie pieniądze. Powiedziałem, że dostałem premię w pracy, nie chciałem ich martwić opowieściami o kasynie. Potem zrobiłem remont w kwiaciarni, odświeżyłem ściany, kupiłem nowe regały, a nawet zatrudniłem na pół etatu dziewczynę do pomocy. Interes powoli się rozkręca, klienci chwalą nowy wystrój, a ja wreszcie mogę oddychać pełną piersią.

Od tamtej pory minął rok. Długi są spłacone, rodzice mają nowy telewizor, a kwiaciarnia wygląda lepiej niż kiedykolwiek. I choć wiem, że to wszystko zawdzięczam czystemu przypadkowi, ślepemu trafowi, to gdzieś w środku czuję, że ten prezent był mi po prostu pisany. Że to była taka nagroda od losu za te wszystkie lata harówki, za to, że nie poddałem się, mimo że było ciężko. Od tamtej pory nie gram już prawie w ogóle, czasami tylko wejdę z ciekawości, popatrzę na automaty, pokręcę parę spinów za symboliczną złotówkę, ale bez ciśnienia, bez nadziei na powtórkę. Bo wiem, że tamten czwartek był wyjątkowy, że to był mój moment, w którym los postanowił odmienić moje życie. I za każdym razem, gdy widzę gdzieś vavada kod promocyjny free spin, uśmiecham się pod nosem i myślę – to był dobry dzień. Naprawdę dobry dzień.
Responder